piątek, 13 lutego 2015

Mózg na ścianie


Dziś rękopis na tle nękającej mnie chemii fizycznej.
Ostatnio nawet śniło mi się, że goni mnie pani profesor razem z panią doktor. Warto wiedzieć, pani profesor to starsza kobieta chodząca o kuli. A w moim śnie biegała za mną po kampusie.

poniedziałek, 2 lutego 2015

3 miesące później

Ciekaw jestem, jak się zmieniłem, patrząc na mnie od zewnątrz.

Od siebie mogę kilka rzeczy z pewnością określić. Mam inne, gorsze niestety podejście do ludzi. Nienawidzę ludzi. Przepraszam, ale tak jest. Na tyle ile można ograniczam kontakt z ludzkością, gdyż boję się ich wszystkich. W związku z tym zmieniło mi się towarzystwo. 

Moja koleżanka N., zwana obecnie także Blacharą (o tym dalej), pokazała co w środku niej siedzi. Ze mną jest tak, że jak sobie mnie oswoisz, dam się doić na całej linii i to nawet długie okresy czasu. Ale ona przesadziła. Zaczęło się poniekąd od zerwania z Piotrem. Potrzebowałem wówczas jej wsparcia, choć pech chciał, że ona też miała wtedy swoje problemy sercowe (nasze rozejścia były mniej więcej zbliżone w czasie). Nie mówię, że oczekiwałem pomocy - ale jeśli się wyraża taką chęć mówiąc, że "możesz na mnie liczyć" albo "pisz do mnie kiedy masz potrzebę", to chyba coś oznacza. Problemy dalej narastały - zaczęło się pożyczanie kasy, oczekiwanie ode mnie "posłuszeństwa" - ona tak chce i tak ma być. Blachara niestety zeszła ze swojego poziomu i poleciała na nowego chłopaka, bo odwoził ją do domu (2 skrzyżowania) swoim zajebistym kabrioletem. Bo odwoził. Bo kabrioletem. Bo skóra, bo taki fajny wóz. Wyżej ją oceniałem. I tak, moja najkochańsza psiapsiuła zamieniła uczucia na blachy i benzynę.

Zacząłem palić jak smok. Już nie przejmowałem się, że topię w to mnóstwo chajsu, że moja kurtka śmierdzi jak palarnia, że mrożę sobie ręce, nogi, ani że pada deszcz i mam mokrą głowę. Faja musi być i koniec. Papieros pomagał mi się ogarnąć. To była chwila wytchnienia, puszczenia w powietrze wraz z dymem pewnych emocji. Czerwone. Bo lajty mnie wkurwiały. Musiało żreć w płuca, musiało śmierdzieć i dawać kopa. Subtelność i delikatność w czymkolwiek albo mnie rozleniwia, albo irytuje.

Obecnie przeszedłem na e-papierosa. Cierpię trochę na takie symptopmy odstawienne, typu ból głowy, chociaż jako zupełny nowicjusz też brakuje mi umiaru w alternatywie. Bezcenne jednak jest dla mnie to, że już nie śmierdzę, powoli wraca węch, aromat dymu schodzi mi z kurtki i nie ziębię się na dworze aż tyle. Taka dostępność nikotyny pozwoliła mi uchować się przed snem w nocy. Wiem, tak, zdaję sobie sprawę (ble ble ble), że się truję i tak, ale możliwość wysiedzenia w nocy nad projektem zaliczeniowym jest bezcenna. Dotychczas nadchodziła godzina 1 w nocy i bez względu na to, co robiłem, kończyło się spaniem. Nie potrafiłem nad tym zapanować. Po prostu mnie zcinało z nóg. 

Zmieniłem towarzystwo z N na N, dla potrzeb tego tekstu Czapa. To jest dobra kolesiówa. Wprawdzie ma mocny charakter, jakby chłopczyca, ale nie z urody (ufff). Czapa ogarnia wszystko co się dzieje na uczelni. Ma wtyki, ma informacje, jest mądra i pomocna i przyjacielska, choć nieco porywcza. W przeciwieństwie do Blachary, która niby jest częściej osiągalna niż Czapa (późno chodzi spać, tak jak ja), jak coś wie, to powie. N ostatnio niby nie może mi pomóc, bo nie wie, a następnego dnia rano (btw, czasem jest to przestrzał zaledwie 4h >już wie i jest to oczywiste<. Czapa podała mi pomocną (i ratującą) dłoń w obecnej sesji. Na początku stycznia byłem w opłakanej sytuacji, obawiałem się że nie zdam z kilku przedmiotów - a został mi jeden, w dodatku taki, który naprawdę jest trudny i 80%, jak nie 90% ludzi z roku ma z którejś jego części problem z zaliczeniem. Moje komplikacje to też wynik lenistwa, ale w końcu się zawziąłem. 

Może to sesja, może to rozstanie, może to rozstanie i sesja jednocześnie, jestem nerowy. Łatwo wyprowadzić mnie z równowagi. W przerwie świątecznej klient narobił mi rabanu, ręce mi latały tak bardzo, że ledwo nakładałem ciasta na talerze. Miałem wówczas niezły dym na kawiarni, z niczym nie wyrabiałem, gości przyjmowałem "szybko i konkretnie" (czego nie lubię, bo podjąłem strategię możliwie indywidualnego podejścia, z naciskiem na stałych gości), a jak się okazało, wcale nie byłem nieuprzejmy. Pan w kolejce za Panem Aferowiczem, kiedy usłyszał jego narzekania* wykrzyknął, że to wszystko jest nieprawdą, że byłem cały czas uprzejmy. Nawet nie podejrzewałem tego :)

Nie umiem, może i nie chcę, zaufać nowym ludziom. Kręcę obecnie z innym Piotrem, dobrze nam się rozmawia, jesteśmy mega otwarci przed sobą (nie zdarza mi się to). Smutne jest jednak to, że wciąż chcę zachować jakiś dystans od siebie, aka strefa promieniowania gamma - nie zbliżać się, ryzyko ciężkich chorób i śmierci. Całe szczęście, że zarówno on, jak i ja, nie przyspieszamy niczego i obaj zdajemy sobie sprawę, że mimo całej tej bliskości i strasznej chcicy jeden na drugiego, nie możemy powiedzieć ani, że jesteśmy razem, ani że coś do siebie czujemy. To jest takie coś i tym cosiem sobie jest. Time will tell.

Oglądam anime, jak nawiedzony. Słucham muzyki z anime, dźwięków pianina (Joe Hisaishi), a czasem czegoś popo-hiphopowego (K2, GrubSon, Jamal, Meghan Trainor, Pretty Lights).

*obecnie mamy kupony. Szanowny Pan chciał zrealizować taki kupon, w wersji mobilnej, jednak nie posiadał autentycznej aplikacji. Zgodnie z wewnętrznymi wytycznymi mam prawo i obowiązek odmówić realizacji takiego kuponu. Wytłumaczyłem panu, że do honorowania kuponu jest potrzebna aplikacja wydana przez moją firmę i poprosiłem o pobranie z internetu (w lokalu dostępne jest wifi bez opłat, bez hasła, słowem: otwarte). Podchodzę chwilę później, zauważam, że pan w dalszym ciągu oczekuje ode mnie realizacji pirackiego kuponu, daję za wygraną, ponownie informuję, że aplikacja nie jest oryginalna, ponownie proszę o pobranie właściwej, jednak idę panu na rękę i już przymierzam się do wprowadzenia zamówienia w system kasowy. Pan dostaje napadu furii i rząda kontaktu z przełożonym. Szanowny pan tłumaczy, że odniosłem się do niego w sposób nieuprzejmy, chamski, że cyt. "poczuł się jak śmieć". Przełożona tłumaczy nasze zasady postępowania i jakoś to idzie. Niektórzy mają zbyt duże ego. Przykre trochę.

PS: W pracy coraz częściej spotykam się z traktowaniem mnie jako służącego. Rozumiem, że firma nie jest prestiżowa, że nie jest to żaden starbuń ani żadna gejowska knajpka gdzie może powinienem powinszować jeszcze budowy i klęknąć do spodni, żeby kolo poczuł się dobrze. Z drugiej strony lady też pracują LUDZIE a nie maszyny, też mamy uczucia i nie zawsze pochodzimy z patologicznych rodzin. Może i część pracowników nie grzeszy inteligencją, ale nie wszyscy z nas są głąbami.

PS2: dlaczego ludzie korzystają z nieoryginalnych aplikacji? Czy na prawdę tak duża część gości musi wybuchać złością, kiedy mówię, że coś jest nie tak? To nie ja wymyślam akcje promocyjne, to nie ja ustalam regulamin pracy. Mogę prosić o niewyżywanie się na mnie?

czwartek, 4 grudnia 2014

Nikt nie zrozumie tej pustki.....

Minęło ponad 2 tygodnie odkąd zostałem sam....

Tak bardzo boli....

Tak niewiele trzeba, żebym się posypał w drobny pył...

:'(

Piotruś odszedł z mojego życia...

Chyba nie zdaje sobie jednak sprawy, że odszedł tylko z pozoru..............